Gościmy

Odwiedza nas 45 gości oraz 0 użytkowników.

Licznik odwiedzin

 

Jezus szedł z Kafarnaum w stronę Nazaretu. Uczniowie z Galilei towarzyszyli Mu jakieś pięć godzin drogi, podczas której Jezus uczył ich o przyszłym ich zadaniu, a mówiąc z Piotrem o ich przyszłym przeznaczeniu, radził Piotrowi opuścić miejsce pobytu w pobliżu jeziora i przenieść się do domu, który ma przed Kafarnaum. Przechodzili koło kilku miast i wiejskich domów, leżących nad jakimś jeziorkiem. Na jednym pastwisku przyszło do Jezusa kilku opętanych i żądali uzdrowienia. Byli to właściciele trzód z okolicy, niekiedy tylko przez złego ducha napadani, obecnie jednak byli wolni od niego. Jezus nie uleczył ich, lecz rozkazał im się najpierw poprawić i opowiedział im przykład o chorobie żołądka z przejedzenia, mówiąc: „Jest to tak samo, jak gdyby chory chciał się wyleczyć z choroby żołądka, aby potem na nowo przejadać się". Ludzie, usłyszawszy to, odeszli, bardzo zawstydzeni. Uczniowie opuścili Jezusa na kilka godzin przed Seforis, także Saturnin wrócił z nimi do domu Piotra. Przy Jezusie zostało tylko dwóch uczniów z Jerozolimy, dokąd chcieli wrócić. Jezus poszedł do Dolnego Seforis, małego miasteczka i zamieszkał w domu krewnych św. Anny. Nie jest to rodzicielski dom Anny; był on między tym Seforis a Górnym Seforis, obydwie te miejscowości o godzinę drogi są od siebie oddalone. W obrębie pięciu godzin drogi należy wiele domów do Seforis. W Wielkim Seforis Jezus tym razem nie był. Są tam wielkie szkoły wszystkich sekt i sądy.


W Dolnym Seforis niewiele jest ludzi bogatych. Wyrabiają tam sukna a zamożne niewiasty jedwabne ozdoby i galony do świątyni. Cała ta okolica, pełna wiosek i rozsianych obszarów z niwami i alejami, wygląda jak park. Większe Seforis jest okazałe i szeroko rozpościera się ze swymi zamkami. Okolica jest tu bardzo piękna, posiada wiele studzien i rosłe bydło.


Krewni Jezusa mieli trzech synów, z których jeden, imieniem Kolaja, był uczniem Jezusa. Matka życzyła sobie, aby Jezus także resztę jej synów przyjął na uczniów, powołując się na synów Marii Kleofasowej. Jezus przyrzekł jej. Synowie ci zostali po śmierci Jezusa, przez Josesa Barsabę, który był biskupem w Eleutheropolis, tam na kapłanów wyświęceni.


Jezus uczył tu w synagodze, do której przybyło wiele ludu z okolic. Także ze swoimi krewnymi chodził Jezus i uczył tu i ówdzie w okolicy małe gromady ludzi, które czekały nań i za nim chodziły. Powracając, uleczył przed synagogą wiele ludzi, a w synagodze uczył o małżeństwie i o rozwodzie. Nauczycielom wyrzucał, że wprowadzili różne dodatki, jednemu staremu nauczycielowi pokazał w Piśmie miejsce, które on tam wtrącił, wykazał, że jest fałszywe i kazał mu to wymazać. Nauczyciel ukorzył się, rzucił się przed Jezusem wobec wszystkich na ziemię, wyznał swój błąd i dziękował za pouczenie.


Noc całą spędził Jezus na modlitwie. Z domu swoich krewnych w Małym Seforis udał się Jezus pomiędzy Małym i Wielkim Seforis do dawnej ojcowizny Anny. Miał przy sobie tylko jednego ucznia. Teraźniejsi tutejsi mieszkańcy powchodziwszy w różne związki małżeńskie, nie byli już z Nim blisko spokrewnieni, była tu tylko jeszcze jedna staruszka, obłożnie chora na wodną puchlinę, bliżej z Nim spokrewniona, przy której siedział zwykle mały, ślepy chłopiec. Jezus modlił się z nią, staruszka za Nim powtarzała. Potrzymał jej z minutę rękę na głowie i w okolicy żołądka i przyszła całkiem do siebie, przez minutę była omdlała, następnie poczuła się zupełnie pokrzepiona. Jezus nakazał jej wstać. Puchlina wodna jeszcze zupełnie nie ustąpiła, ale staruszka mogła już chodzić i w krótkim czasie bez trudności wyzdrowiała przez poty i wydzieliny. Kobieta ta prosiła Go za ślepym chłopcem, mającym około osiem lat, który od urodzenia był niemym i ślepym, ale słyszał. Chwaliła jego pobożność i posłuszeństwo. Jezus włożył mu palec wskazujący w usta, tchnął potem na obydwa wielkie palce u rąk lub może raczej pomazał je śliną i trzymał je na zamkniętych oczach chłopca modląc się i patrząc w górę. Wtedy otworzyły mu się oczy i pierwszym, którego zobaczył był Jezus, jego zbawca. Z radości, zdumienia, i niewymownego zachwytu, upada przed Jezusem na kolana, i łkając, dziękuje u stóp Jego. Jezus nakłaniał go łagodnie do posłuszeństwa, do miłości względem rodziców; skoro wypełniał to, będąc ślepym, to teraz uzyskawszy wzrok, powinien te cnoty jeszcze wierniej wykonywać, a oczu swoich nie używać do grzechu. Potem przyszli rodzice chłopca, domownicy i wszyscy cieszyli się i wielbili Jezusa.


Jezus nie leczył wszystkich jednakowo. Nie leczył także inaczej jak Apostołowie i późniejsi Święci i kapłani aż do naszych czasów. Wkładał ręce na chorych i modlił się z nimi; czynił to jednak prędzej, niż Apostołowie. Uzdrawiając i czyniąc cuda, dawał także wzór swoim następcom i uczniom; a czynił to w sposób, który najlepiej odpowiadał niedomaganiom i potrzebie. Chromych dotykał a mięśnie ich odzyskiwały swobodę i prostowały się. Uszkodzone członki ujmował w miejscu uszkodzenia, a zrastały się; z trędowatych spadała za Jego dotknięciem wysypka, jakby łuski, lecz zostawały czerwone plamy, które z wolna, lecz prędzej niż zwyczajnie znikały, w miarę tego, jak chory zasługiwał. Nie widziałam nigdy, aby garbaty w jednej chwili stawał się prostym jak świeca, lub krzywa kość w okamgnieniu stawała się równa; nie, jakby Jezus nie mógł był tego uczynić, lecz nie czynił tego z powodu, że Jego cuda nie były widowiskiem, ale były uczynkami miłosierdzia, były obrazem Jego posłannictwa, rozwiązywaniem, pojednaniem, nauczaniem, wyswobadzaniem, zbawieniem; i dlatego, podobnie jak od tych, którzy chcieli mieć udział w Jego odkupieniu, wymagał ich współdziałania, tak też i przy uzdrowieniach musieli ci, którzy chcieli być uzdrowieni, objawiać wiarę, nadzieję, miłość, skruchę i poprawę, jako współdziałanie dla otrzymania uzdrowienia. W każdym wypadku stosował Jezus sposób postępowania odpowiedni do stanu ciała i duszy i przez to każda choroba stawała się obrazem duchowej choroby, grzechu i kary, a jej uleczenie obrazem przebaczenia i poprawy. Tylko u pogan niektóre Jego cuda były uderzające i osobliwe. Cuda Apostołów i późniejszych Świętych były bardziej uderzające i niezgodne z biegiem i prawem natury;  poganie bowiem potrzebowali wstrząsu, Żydzi zaś tylko rozwiązania. Często uleczał modlitwą na odległość, często spojrzeniem, zwłaszcza niewiasty mające krwotok, które nie śmiały do Niego się zbliżyć, a według prawa żydowskiego nawet nie mogły. Takich praw, które miały jakieś ukryte znaczenie, Jezus ściśle przestrzegał, innych zaś nie.

 

5

 

Następnie udał się Jezus do małej szkoły, leżącej w równym oddaleniu między Nazaretem a Małym Seforis, dokąd przyszedł do Niego uczeń Parmenas z Nazaretu. Ten chodził już jako chłopiec za Jezusem i byłby teraz z innymi uczniami już także za Nim poszedł, gdyby nie to, że miał w Nazarecie rodziców, których z posług swoich musiał utrzymywać.


W szkole zgromadziło się wielu nauczycieli i faryzeuszów z Wielkiego i Małego Seforis i nieco ludu, aby z Jezusem rozprawiać nad pewnym miejscem co do rozwodu, które to miejsce wytknął Jezus nauczycielowi w synagodze, jako nieprawnie wtrącone. Wzięto Mu to w Wielkim Seforis bardzo za złe, gdyż dołączony wykład wynikał z ich nauki. Rozwody w tym mieście traktowano i odbywano bardzo lekkomyślnie, był nawet osobny dom, w którym umieszczano żony, przez mężów oddalone. Ów nauczyciel, który się przyznał do winy, przepisał był księgę prawa i przy tej sposobności powtrącał nieznaczne, lecz przewrotne wyjaśnienia. Długo rozprawiali przeciw Jezusowi i nie mogli zrozumieć, jak śmie to potępiać i kazać wymazać. Jezus zmusił ich do milczenia, jednak nie byli zdolni uznać swego błędu tak, jak ów nauczyciel. Jezus wykazał im, że zakazane jest wtrącać cokolwiek do ksiąg Zakonu i dlatego istnieje obowiązek poprawić wtrącone błędy; udowadniał, że owe wtrącone wyjaśnienia są błędne i skarcił im obchodzenie prawa o rozwodach, którego w tym mieście tak lekkomyślnie się dopuszczali. Wymieniał także wypadki, w których wcale nie jest dozwolone mężowi żonę wydalać; jeżeli jedna strona drugiej żadną miarą kochać nie może, to za zgodą drugiej może się od niej odłączyć, nigdy jednak silniejsza strona nie śmie drugiej bez jej winy i woli wypędzać. Nie wiele jednak u nich zdziałał, byli bowiem rozjątrzeni i pyszni, choć niczym nie mogli argumentów jego odeprzeć. Ów uczony w Dolnym Seforis, przekonany i nawrócony przez Jezusa, oddzielił się całkiem od faryzeuszów i zapowiedział w swojej gminie, że odtąd będzie wykładał prawo bez dodatku, a jeżeli tego nie chcą, to się zupełnie usunie. Miejsce wtrącone o rozwodach opiewało: „Jeżeli jedno z małżonków już przedtem miało z kimś stosunek, to małżeństwo to jest nieważne i osoba ta, która z jednym z małżonków miała stosunek, może się o niego, jako sobie należnego, dopomnieć, gdyby nawet ci ludzie dobrze ze sobą żyli". To właśnie zganił im Jezus i uznał to prawo za stosowne tylko dla ludu nieokrzesanego. Dwaj z najznakomitszych faryzeuszów obecnych przy tej rozprawie, było zainteresowanych ze względu na swą sytuację uznaniem rozwodów i dlatego właśnie występowali z takimi dodatkami. Nikt o tym nie wiedział, ale wiedział to Jezus i dlatego rzekł: „Czy tym przekręcaniem Zakonu nie chcecie przypadkiem bronić waszej własnej sprawy?" — na co oczywiście gwałtownie się obruszyli.

 

6

 

 

Ufność Pana Jezusa w stosunku do nas jest doprawdy niepojęta. On wciąż ma nadzieje, że każde małżeństwo odrzuci wszystko, co zagraża jedności, wszystkie istniejące między małżonkami urazy, aby wspólnie realizować wspaniałą wizję – miłować się wzajemnie w sposób tak doskonały, w jaki Pan Jezus miłuje Kościół. Będąc wiecznym optymistą, Pan Jezus wierzy, że każde małżeństwo może stać się jasnym światłem dla świata, znakiem, że nawet w najciemniejszych jego zakątkach możliwa jest miłość przebaczająca, bezwarunkowa.