Następnego dnia przeprawił się Jezus rzeczką, i pozostawiając górę Garizim na prawo, wyruszył ku Sychar. Pozostali przy Nim tylko Andrzej, Jakub Młodszy i Saturnin, reszta rozeszła się w innych kierunkach. Z tymi trzema udał się Jezus do studni Jakubowej, położonej na małym wzgórku w posiadłości niegdyś Józefa, na północ od góry Garizim, a na południe od Góry Ebal. O kwadrans drogi stąd na zachód leżało Sychar w dolinie, ciągnącej się jeszcze dalej ku zachodowi, na jaką godzinę drogi. O dobre dwie godziny drogi od Sychar na północ leży na górze Samaria.

 

Na ów wzgórek prowadzą zewsząd liczne, głęboko powrzynane drogi; na górze jest studnia, a nad nią wznosi się ośmiokątny budynek, obsadzony drzewami. Budynek otacza wkoło otwarta hala łukowa, w której pomieścić się może około dwudziestu ludzi. Na wprost drogi, prowadzącej od Sychar, znajdują się zwyczajne zamknięte drzwi, którymi wchodzi się z hali do środka budynku. Tu jest otwór w dachu, który dawniej czasami nakrywano kopułą. Wnętrze domku na tyle jest obszerne, że między ścianami a kamiennym brzegiem głębokiej studni można wygodnie chodził wkoło; krawędź studni jest tak wysoka, że można na niej siadać. Otwór studni zamknięty jest drewnianą pokrywą; gdy się ją podniesie, widać pod nią ciężki walec, umieszczony w poprzek studni na wprost od wejścia, a na nim nawinięte wiadro do czerpania wody za pomocą korby. Naprzeciw drzwi znajduje się pompa, którą można pompować wodę aż do wysokości murów domku i wypuszczać ją na zewnątrz z trzech stron: ze strony wschodniej, południowej i zachodniej; tam spływa ta woda w trzy małe cysterny, umieszczone w podłodze hali zewnętrznej. Woda ta służy bądź to do mycia nóg, bądź to dla podróżnych do obmywania się, a także do pojenia bydła.


 
Było już koło południa, gdy Jezus przybył z trzema uczniami pod pagórek. Tu posłał ich do Sychar po zakup żywności, gdyż był głodny; Sam zaś wszedł na pagórek, aby tu ich oczekiwać. W dniu tym był straszny upał, a Jezus czuł się bardzo znużony i spragniony. Siadł opodal od studni na skraju drogi, prowadzącej od Sychar, i podparłszy ręką głowę, zdawał się czekać na kogoś, kto by otworzył studnię i dał Mu się napić. Widziałam właśnie Samarytankę z miechem w ręku, liczącą mniej więcej trzydzieści lat, jak drogą ze Sychar, wchodziła na pagórek po wodę. Piękna była i znać w niej było siłę młodości, gdyż szybkimi, elastycznymi krokami szła pod górę. Ubiór jej był wykwintniejszy niż zwykle i jak gdyby umyślnie dobrany. Suknia w niebieskie i czerwone pasy, przeszywana była wielkimi, żółtymi kwiatami. Rękawy powyżej i poniżej łokcia ściągnięte żółtymi naramiennikami, tworzyły około nich fałdy. Piersi zasłonięte były białą tkaniną, ozdobioną żółtymi sznurami. Szyję okrywał żółty, wełniany kołnierz, obwieszony sznurkami pereł i korali. Długa zasłona z delikatnej, drogiej wełny spadała przez plecy; zasłonę można było ściągnąć za pomocą tasiemki i przymocować u pasa. Tak ściągnięta zasłona i zakończona u dołu rąbkiem, tworzyła po bokach ciała dwie fałdy, w których łokcie rąk mogły wygodnie spoczywać; gdy zaś, chwyciwszy za oba brzegi, ściągnęła zasłonę na piersi, okryta była całą górną część ciała jakby płaszczykiem. Głowę miała owiniętą chustkami, tak, że włosów nie było widać. Na tym okryciu wystawał nad czołem na kształt wieżyczki haczyk, do którego przyczepiona była przednia część zasłony spadającej na oblicze i sięgającej aż do piersi.

 

Niewiasta ta miała grubą, brunatną przepaskę z sierści koziej, lub wielbłądziej, z kieszeniami u góry, przerzuconą przez prawe ramię, tak że zakrywała nieco miech skórzany, przewieszony przez rękę. Był to zwyczajny fartuch robotniczy, używany przy czerpaniu wody, aby nie uszkodzić sukni wiadrem, lub też miechem.

 

Miech był skórzany, podobny do worka bez szwu; z dwóch stron był nieco wypukły, jak gdyby wyłożony pod spodem drewnianymi, wypukłymi płytami. Drugie dwa boki składały się w fałdy, gdy miech był próżny, podobnie jak torba na listy. Po obu wypukłych stronach, umieszczone były ucha do trzymania, obciągnięte skórą, przez nie zaś przeciągnięty był rzemyk, na którym zawieszało się miech na ramieniu. Otwór miecha był dosyć wąski; przy nalewaniu można go było rozszerzać w kształcie lejka, a potem znowu zamykać, podobnie jak się to robi przy torebkach do ręcznych robótek. Pusty miech zwieszał się płasko u boku, napełniony zaś, zaokrąglał się; mieściło się w nim tyle wody, co w zwyczajnym wiadrze.

 

Szybko i raźnie kroczyła owa niewiasta na pagórek, gdzie u studni Jakuba miała czerpać wodę dla siebie i dla innych. Podoba mi się bardzo, gdyż wydaje się być dobroduszna, otwarta, a zarazem myśląca. Nazywa się Dina, jest dzieckiem z mieszanego małżeństwa, i należy do sekty Samarytańskiej. Przebywa w Sychar, pod imieniem Salome, nie znana bliżej nikomu; właściwie nie jest stąd rodem, lecz znoszą ją tu chętnie jak i jej męża, dla ich otwartości, uprzejmości i usłużności.

 

Z powodu kręto wspinającej się drogi nie widziała Dina przedtem Pana, dopiero gdy stanęła tuż przed Nim. Widok tego męża spragnionego, siedzącego samotnie przy studni, był dla niej czymś zupełnie niezwykłym. Jezus miał na Sobie długi, biały, z delikatnej wełny płaszcz, przepasany szerokim pasem i wyglądał w nim jak w albie. Był to zwykły płaszcz prorocki, który zwykle uczniowie za Nim nosili. Jezus ubierał go, gdy publicznie nauczał, lub spełniał funkcje prorockie.

 

Dina, stanąwszy nagle przed Jezusem, osłupiała na Jego widok, potem spuściła zaraz na twarz zasłonę, wahając się, czy przejść dalej; Jezus bowiem siedział tuż przy drodze. Poznać było po jej twarzy, że różne myśli tłoczyły się jej do głowy, jak: „Jakiś mężczyzna! Co on tu porabia? Czy może to jaka pokusa?” Poznała z wyglądu, że mąż ten jest Żydem. Jezus zaś, widząc jej wahanie, spojrzał na nią przyjaźnie i usunąwszy nogi, bo droga była w tym miejscu bardzo wąska, rzekł do niej: „Przejdź obok i daj Mi pić!”

 

Wzruszyły te słowa niewiastę przywykłą do wzajemnej niezgody i pogardy pomiędzy Żydami i Samarytanami; toteż zatrzymała się jeszcze i rzekła: „Dlaczego siedzisz tu tak samotny o tej godzinie? Gdyby mnie tu z Tobą zobaczono, byłoby to w mieście powodem zgorszenia”. Jezus odrzekł jej, że towarzysze Jego poszli do miasta kupić żywności; a Dina rzekła na to: „Ach! to są ci trzej mężowie, których spotkałam! lecz wątpię, czy o tej godzinie dostaną co. To, co Sychemici dziś przyrządzili, potrzebują sami dla siebie.” Mówiła to tak, jak gdyby obchodzono dziś w Sychar jakąś uroczystość i wymieniła przy tym inną miejscowość, dokąd powinni uczniowie udać się po żywność.

 

Jezus rzekł do niej powtórnie: „Idź dalej i daj mi pić!” Wtedy przeszła Dina obok Niego, a Jezus wstał i poszedł za nią do studni, którą ona otworzyła. Po drodze rzekła do Niego Dina: „Jak możesz Ty, będąc Żydem, żądać wody od Samarytanki?” Na co Jezus odrzekł: „Gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kto jest Ten, który żąda wody od ciebie, to sama prosiłabyś Go, aby ci dostarczył żywej wody.”

 

22


Tymczasem zdjęła Dina pokrywę studni i spuściła wiadro, mówiąc podczas tego do Jezusa, który siadł na brzegu studni: „Panie, nie masz przecież żadnego naczynia, a źródło jest bardzo głęboko, skądże więc masz żywą wodę? Czyż jesteś większym od ojca naszego, Jakuba, który zostawił nam tę studnię, a przedtem sam ze swymi dziećmi z niej pił i trzody swoje poił?” Podczas gdy ona to mówiła, miałam widzenie, jak Jakub kopał tę studnię, a woda wydobywała się spod ziemi. Niewiasta rozumiała jednak mowę Jezusa o wodzie źródlanej na swój sposób. Rozmawiając więc, spuściła wiadro na sznurze owiniętym na walcu, i ciężko się odwijającym, na dół, i nabrawszy wody, wyciągnęła je.

 

23

 

Podniosła potem rękawy z ramiennikami  w górę, tak że się materia skłębiła i obnażonymi rękoma ujęła wiadro, przelewając zeń wodę do miecha. Następnie nabrała wody do małego łyczkowego kubka, i podała Jezusowi, a Ten siedząc na krawędzi wypił i rzekł do niej: „Kto pije z tej wody, ten wkrótce będzie znów pragnął; lecz kto się napije żywej wody, którą Ja mu dam, ten nie będzie pragnął na wieki! Tak, woda, którą Ja mu dam, stanie się dlań źródłem, sięgającym aż do żywota wiecznego”.

 

Wtedy rzekła Dina radośnie do Jezusa: „Panie, daj mi takiej żywej wody, abym nie czuła więcej pragnienia i nie potrzebowała z takim trudem czerpać wodę!” Wzruszyły ją jednak słowa Jezusa o żywej wodzie i przeczuwała, nie będąc tego całkiem świadoma, że Jezus rozumie przez żywą wodę spełnienie się obietnicy; prorockim natchnieniem wiedziona, wypowiedziała swą prośbę o żywą wodę. Przeczuwałam zawsze i poznawałam potem, że osoby, z którymi Odkupiciel miał cokolwiek do czynienia, nie były pojedynczymi, odosobnionymi ludźmi, lecz zwykle przedstawiały zarazem doskonały typ całego rodzaju ludzi, lub osobnej sekty. Powodem tego było właśnie spełnianie się czasu. I teraz też w osobie Samarytanki, Diny, stała przed Odkupicielem cała sekta samarytańska, odepchnięta od prawdziwej wiary Izraela i od studni żywej wody.

 


U studni Jakubowej czuł Jezus pragnienie za wybranymi duszami Samarii, aby pokrzepić je żywą wodą, od której się odsunęli. A właśnie była tu jeszcze część tej odpadłej sekty samarytańskiej, może byłaby do uratowania, pragnąca żywej wody i niejako rękę wyciągająca na jej przyjęcie. Przez Dinę mówiła Samaria: „Daj mi, o Panie, błogosławieństwo obietnicy, ugaś długoletnie pragnienie, pomóż mi do osiągnięcia żywej wody, abym z niej zaczerpnęła więcej pociechy, niż z tej doczesnej studni Jakuba, która jedna utrzymuje jeszcze niejaką naszą łączność z Żydami”.

 

Na słowa zatem Diny, poprzednio wypowiedziane, rzekł Jezus do niej: „Idź do domu, zawołaj twego męża i wróć tu razem z nim!” Dwa razy powtórzył te słowa Jezus, dodając, że nie przyszedł tu po to, aby tylko ją nauczać. Tymi słowy odzywał się zarazem Zbawiciel do całej sekty: „Samario! Przyzwij tu tego, do kogo należysz, tego, który związany jest z tobą prawnie uświęconym węzłem.” Dina odrzekła na to Panu: „Nie mam męża!”

 

Przez jej usta wyznawała Samaria oblubieńcowi dusz, że nie jest z nikim związana i do nikogo nie należy. Jezus odrzekł Dinie: „Masz słuszność, gdyż miałaś już wprawdzie pięciu mężów, lecz ten, z którym teraz żyjesz, nie jest twym mężem.” Tymi słowy mówił Mesjasz do całej sekty: „Samario, prawdę mówisz; zaślubiona byłaś bożkom pięciu narodów, a teraźniejszy twój związek z Bogiem nie jest związkiem małżeńskim”. Słysząc to, odrzekła Dina ze spuszczonymi oczyma i ze schyloną głową: „Panie, widzę, że jesteś prorokiem”, i opuściła znowu zasłonę na twarz. Przez usta jej uznawała sekta samarytańska Boskie posłannictwo Jezusa i wyznawała swą winę.

 

Dina, jak gdyby rozumiejąc prorockie znaczenie słów Jezusa: „a ten, z którym teraz żyjesz, nie jest twym mężem”, tj. obecny twój związek z prawdziwym Bogiem jest nieprawnym, niesłusznym, służba Boża Samarytan oddzieliła się przez grzech i samowolę od związku Boga z Jakubemi i jak gdyby przeczuwała znaczenie tych słów, wskazała ręką ku południowi i na świątynię, leżącą w pobliżu na górze Garizim, i rzekła, jakby prosząc o objaśnienie: „Nasi ojcowie wznosili modły do Boga na tej górze, a wy mówicie, że tylko w Jerozolimie należy się modlić”. A Jezus rzekł, pouczając ją: „Niewiasto! wierz Mi, przychodzi godzina, że ani na Garizim, ani w Jerozolimie nie będziecie się modlić do Ojca”. Czyli mówił do Samarii: „Samario, nadchodzi godzina, że ani tu, ani w świątyni, w miejscu świętym, nie będzie się oddawać czci Bogu, gdyż pośród was On przebywa,” I dalej mówił: „Wy nie wiecie, co czcicie, lecz my wiemy, gdyż zbawienie spłynie od Żydów”. Tu przytoczył Jezus porównanie o wilkach drzew, które wprawdzie rozgałęziają się i okrywają liśćmi, lecz nie przynoszą owocu. Przez to mówił znów Zbawiciel do sekty: „Samario, w kulcie twym dla Boga nie masz pewności, nie masz przymierza, sakramentów, rękojmi, Arki Przymierza, ni owoców; wszystko to, obietnicę i jej spełnienie mają żydzi, z nich pochodzi Mesjasz”.