Menu

Gościmy

Odwiedza nas 46 gości oraz 0 użytkowników.

Licznik odwiedzin

 

Widziałam cudowny, prawie niewypowiedziany uroczysty obraz. Kościół wydawał się jakby cienko i delikatnie wychodzący, ośmiograniasty owoc na łodydze, która korzeniami ponad wrzącym źródłem dotykała ziemi. Łodyga była tylko tyle wysoka, że na dole pomiędzy kościołem a ziemią można było przejrzeć. Z przodu było wejście do kościoła ponad źródłem, które zawsze wrzało i coś białego, jakby piasek lub ziemię wyrzucało na obie strony, wszystko naokoło zieleniąc i zapładniając. Z tej strony przedniej nie szedł żaden korzeń przez źródło. Wewnątrz kościoła, w środku, znajdował się, jakby torebka nasienna w jabłku, rodzaj schowka z rozmaitych delikatnych, białych nitek, a w różnych przedziałach, które ów schowek zawierał, znajdowały się istoty, jak ziarna w jabłku. W posadzce kościoła był otwór, którym prosto we wrzącą studnię można było patrzeć. Widziałam pojedyncze ziarna, jakby zeschłe i zepsute, w studnię wpadające. Podczas tego ów owoc coraz bardziej przybierał postać kościoła, a torebka nasienna stanęła wreszcie po środku, jakby artystyczne rusztowanie, jakby przełamany bukiet artystyczny. I widziałam świętą Dziewicę i Elżbietę w niej stojące, i że one same były znowu jakby dwa przybytki Miejsca Świętego i Najświętszego. Widziałam, że obie niewiasty ku sobie się zwracały i nawzajem się pozdrawiały. Wtem wystąpiły z nich dwie postacie, Jan i Jezus. Jan, jakby w kabłąk zwinięty, leżał już w większej postaci na ziemi; Jezus zaś jako małe świetlane Dzieciątko, zupełnie tak, jak to często w Przenajświętszym Sakramencie widzę, przystępował do niego. Unosił się w powietrzu i widziałam, że jakby mgłę białawą ściągał z Jana, na ziemi leżącego; to zaś, co zeń zdjął wpadało otworem w studnię i tam tonęło. Potem, podniósłszy małego Jana do góry, uścisnął go i znowu wstąpili w swe matki, które podczas tego śpiewały „Magnificat".


Widziałam też podczas śpiewania „Magnificat"  Józefa i Zachariasza, obu stron przez mury kościoła, do nich przystępujących, potem coraz więcej ludzi, całość przybierała coraz bardziej postać kościoła i uroczystości. Naokoło kościoła rosły winne liście, lecz były za gęsto, trzeba je było wycinać.


Kościół zstąpił teraz na posadzkę, zjawił się w nim ołtarz, a przez otwór ponad wrzącym źródłem wyrosła chrzcielnica. Liczni ludzie wchodzili drzwiami, i wreszcie odbyła się wielka, prawdziwa uroczystość kościelna. Wszystkie przejścia w formy i akcje były spokojnym wzrastaniem. Nie umiem wszystkiego opowiedzieć, słów mi braknie.


W dzień uroczystości świętego Jana inny miałam obraz świąteczny. Ośmiograniasty kościół był przezroczysty, jakby z kryształu lub z promieni wody zbudowany. W środku była studnia źródlana, ponad którą wznosiła się wieżyczka. Widziałam Jana przy niej chrzczącego.


Potem zmienił się obraz. Ze studni wyrastała łodyga kwiatu, a naokoło niej stało osiem słupów, dźwigających koronę piramidalną, na której stali dziadek i babka Anny, Elżbiety i Józefa, a także Maryja i Józef i rodzice Zachariasza, rodzice zaś Józefa nieco dalej od pnia głównego. Jan stał u góry na pniu środkowym.


Zdawało się, jakby głos z niego wychodził i widziałam narody i królów, do kościoła wstępujących, i z rąk biskupa Przenajświętszy Sakrament otrzymujących. Słyszałam też, że Jan o ich większym szczęściu mówił.

 

Jak to możliwe, że w obliczu tych wszystkich naszych błędów – gdzie naszymi sercami i uczynkami rządzi chęć korzyści, gdzie katolicy o nastawieniu bardziej konserwatywnym potępiają w czambuł tych o nastawieniu liberalnym, i na odwrót, gdzie w grupach parafialnych, znajdujemy czasem więcej niezgody i tarć personalnych niż autentycznego pragnienia budowania Kościoła, gdzie brak modlitwy odbiera nam radość i pokój, które powinny być wizytówką wierzących w Pana Chrystusa – mamy jeszcze śmiałość wyznawać wiarę w „jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”?