Po chwili widziałam Adama i Ewę, błądzących w smutku wielkim. Byli posępni, chodzili osobno, jakoby szukając czegoś, co zgubili.

 

Wstydzili się samych siebie. Za każdym krokiem schodzili niżej; ziemia zdawała się ustępować przed nimi, a gdziekolwiek skierowali swe kroki, zaraz niebo się zachmurzało, rośliny traciły swój połysk, stawały się jakoby szare, nawet zwierzęta uciekały przed nimi. Poszukali sobie wielkich liści, utworzyli z nich wieniec naokoło bioder, a zawsze błąkali się, każde osobno.

 

9

 

10

 

11

 

Gdy już dość długo uciekali, lśniące miejsce, z którego wyszli wyglądało już jakby oddalony szczyt góry, i schowali się, każde osobno, wśród krzewów ciemniejszej równiny. Wtem usłyszeli głos z góry; nie pokazali się jednak, jeszcze bardziej się zatrwożyli, jeszcze dalej uciekali, chowając się jeszcze głębiej.


Było mi ich bardzo żal. Ów głos odezwał się surowiej; chętnie by się jeszcze głębiej schowali, lecz musieli wyjść.


Pokazała się surowa, jasna postać; wyszli ze spuszczonymi głowami, nie patrząc na Pana; patrzeli natomiast na siebie, oskarżając się wzajemnie. Teraz wyznaczył im Pan równinę jeszcze głębiej położoną, gdzie rosły krzewy i drzewa; teraz też upokorzywszy się, dopiero cały stan swój mizerny poznali. Widziałam, że pozostawieni sami modlili się. Rozłączyli się, a padłszy na kolana wznieśli ręce do góry, płacząc i narzekając. Widząc to, czułam jakim dobrodziejstwem jest modlitwa w odosobnieniu.